10–16 minut
Seria z innej perspektywy
Drogi czytelniku, droga czytelniczko – witajcie w przewrotnej serii z innej perspektywy, gdzie dzielę się swoimi przemyśleniami na rozmaite tematy. Dzisiaj rozbieram na części temat pieniędzy. Temat, który kształtuje rzeczywistość wszystkich 8 311 527 383 ludzi, żyjących na tej planecie (dane na dzień dzisiejszy, według Zegara populacji świata – Worldometers).
Nie oczekujcie gotowych odpowiedzi. Spodziewajcie się pytań, na które będziecie musieli odpowiedzieć sobie sami.
Pieniądze jako energia – odkrycie czy ściema?
Czy można rozpatrywać pieniądze w perspektywie „energii”? Oczywiście, że można. Można też rozpatrywać w ten sposób pogodę, relacje z matką i fakt, że ktoś od trzech miesięcy nie odpisuje na wiadomość. Pytanie brzmi jednak: czy samo użycie słowa „energia” sprawia, że powiedzieliśmy coś odkrywczego?
W ostatnich latach pieniądze zaczęły przechodzić w internecie niezwykłą metamorfozę.
Z narzędzia wymiany stały się „wibracją”.
Z wynagrodzenia – „przepływem”.
Z oszczędzania, pracy i ryzyka – „otwieraniem się na obfitość”.
I nagle okazuje się, że być może nie trzeba już analizować własnych wydatków, podnosić kompetencji ani budować biznesu. Wystarczy zmienić przekonania. rzmi pięknie. Szczególnie wtedy, kiedy ktoś sprzedaje ci tę myśl za 997 złotych.
I tutaj zaczyna się problem, bo sama metafora pieniędzy jako energii nie jest głupia.
Pieniądze rzeczywiście krążą. Przepływają między ludźmi, firmami, państwami i całymi gospodarkami. Są nośnikiem wartości, efektem czyjejś pracy, decyzji, ryzyka, czasu i zaufania. Można więc używać języka energii jako metafory.
Ale metafora to jeszcze nie mechanizm rzeczywistości, a internet uwielbia zacierać tę granicę.
Zwłaszcza wtedy, kiedy z prostego spostrzeżenia można zbudować cały biznes oparty na obietnicy, że twoje konto bankowe blokuje nie brak pieniędzy, tylko twoja podświadomość. I właśnie tutaj warto się zatrzymać. Być może pieniądze mają swoją „energię”. Tylko że zanim zaczniemy ją manifestować, dobrze byłoby sprawdzić, czy przypadkiem ktoś nie próbuje sprzedać nam zwykłej ekonomii w opakowaniu ezoterycznym.
Co pieniądze dają, a co nam zabierają?
Pieniądze dają wolność. To prawda. Ale tylko do pewnego momentu.
- Kupują czas, którego nie trzeba spędzać w pracy, jeśli stać nas na to, żeby powiedzieć „nie”.
- Kupują spokój, kiedy awaria samochodu przestaje być katastrofą, a wizyta u dentysty nie wymaga kalkulatora i modlitwy.
- Kupują wybór. Możliwość odejścia z pracy, która nas niszczy. Możliwość zamieszkania gdzie indziej. Możliwość powiedzenia: „Nie podoba mi się to” i rzeczywiście wyjścia drzwiami, zamiast wypaść przez okno.
Pieniądze potrafią więc dać coś, czego nie da się kupić bezpośrednio:
poczucie, że nie jesteśmy całkowicie zależni od cudzych decyzji.
Ale mają też swoją cenę.
Czasami płacimy za nie własnym czasem. Czasem zdrowiem. Czasem relacjami. Czasem młodością, którą odkładamy na później, bo przecież „najpierw trzeba się dorobić”. I jest w tym pewien absurd. Przez kilkanaście lat możemy pracować po to, żeby w przyszłości mieć wystarczająco dużo pieniędzy, by móc robić to, na co nie mieliśmy czasu, ponieważ przez kilkanaście lat pracowaliśmy.
Pieniądze mogą dać nam wolność, ale mogą też nauczyć nas bać się jej utraty.
Im więcej mamy, tym więcej możemy stracić. A kiedy poziom życia zaczyna zależeć od konkretnego poziomu dochodów, bardzo łatwo pomylić komfort z koniecznością. Nagle nie pracujemy już po to, żeby żyć lepiej. Pracujemy po to, żeby utrzymać życie, które stworzyliśmy dzięki pracy.
I być może właśnie dlatego pieniądze są tak fascynujące.
Nie są ani dobre, ani złe. Są wzmacniaczem.
Jeśli dają ci możliwość życia po swojemu – są narzędziem wolności. Jeśli każą ci coraz bardziej dopasowywać życie do pieniędzy – stają się kolejną formą klatki.
Najbardziej przewrotne jest jednak to, że człowiek może przez całe życie próbować zdobyć wystarczająco dużo pieniędzy, nie zadając sobie ani razu pytania: Ile właściwie potrzebuję, żeby przestać za nimi biec?

Siedem Piekieł
Ile warte jest ludzkie sumienie?
Pewien banknot o nominale 100 zł wyrusza w podróż, której sam nigdy by nie wybrał. Przechodzi z rąk do rąk, stając się świadkiem ludzkich marzeń, desperacji, miłości i zdrady. Z każdym nowym właścicielem odkrywa kolejne oblicze człowieka.
Sprawdź, dokąd zaprowadzi cię ta historia.
Opowiadanie dostępne do pobrania bezpłatnie.
Zanim weszliśmy do obecnej ery…
Zanim weszliśmy do obecnej ery, pieniądze były przede wszystkim środkiem. Nie projektem na całe życie.
Człowiek pracował. Kupował albo dziedziczył kawałek ziemi. Budował dom – czasem z pomocą rodziny, czasem sąsiadów, czasem całej lokalnej społeczności. Kupował krowę, kilka kur, może świnię. Miał konia, jeśli było go na niego stać. Zakładał rodzinę. Rodziły się dzieci. Życie nie czekało, aż człowiek osiągnie odpowiedni poziom dochodów, zgromadzi poduszkę finansową na dwanaście miesięcy i kupi mieszkanie wykończone pod klucz.
Nie chodzi o to, że było wtedy lepiej.
Było trudniej. Było biedniej. Medycyna była gorsza, praca cięższa, możliwości ograniczone, a śmierć znacznie bliżej człowieka niż dzisiaj. Ale istniała pewna rzecz, która z dzisiejszej perspektywy wydaje się niemal egzotyczna: życie nie wymagało aż tylu rzeczy, zanim można było uznać, że się zaczęło.
Dzisiaj lista warunków wstępnych jest absurdalnie długa.
Najpierw trzeba skończyć studia. Potem znaleźć dobrą pracę. Zbudować karierę. Zarabiać wystarczająco dużo. Odłożyć wkład własny. Kupić mieszkanie. Wykończyć je. Spłacać kredyt. Zrobić poduszkę finansową. Mieć oszczędności. Inwestować. Rozwijać się. Zabezpieczyć emeryturę. Zwiedzić świat. Zadbać o ciało. Zadbać o psychikę. Zrobić coś „dla siebie”. Dopiero potem – być może – można pomyśleć o dziecku, domu, spokojniejszym życiu.
Tylko że w międzyczasie wszystko zdążyło podrożeć.
Inflacja, czyli podatek od czekania
Inflacja nie pyta, czy jesteś gotowy. Czynsz rośnie. Jedzenie rośnie. Energia rośnie. Usługi rosną. Mieszkania potrafią kosztować niedorzeczne pieniądze. To, co dziesięć lat temu wydawało się rozsądnym poziomem bezpieczeństwa, dzisiaj może być zaledwie początkiem.
I nagle okazuje się, że zarabiamy więcej niż poprzednie pokolenia, a jednocześnie coraz częściej mamy wrażenie, że ciągle jesteśmy spóźnieni.
- Spóźnieni z oszczędzaniem.
- Spóźnieni z mieszkaniem.
- Spóźnieni z inwestowaniem.
- Spóźnieni z emeryturą.
- Spóźnieni z życiem.
A przecież nigdy wcześniej w historii zwykły człowiek nie miał dostępu do tylu możliwości zarabiania pieniędzy.
Nie musisz mieć fabryki. Nie musisz mieć sklepu przy głównej ulicy. Nie musisz nawet mieć biura.
Masz internet.
Możesz sprzedawać produkt komuś po drugiej stronie świata. Możesz pisać. Projektować. Uczyć. Nagrywać. Tłumaczyć. Tworzyć oprogramowanie. Budować społeczność. Pośredniczyć. Doradzać. Robić marketing. Sprzedawać wiedzę. Sprzedawać rzeczy, których fizycznie nigdy nie dotkniesz.
Możesz siedzieć w małym mieszkaniu gdzieś na końcu świata i mieć dostęp do rynku, który jeszcze kilkadziesiąt lat temu wymagałby kapitału, magazynu, transportu i całej armii ludzi. Pieniądze dosłownie leżą dziś w miejscach, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu. Nie oznacza to oczywiście, że wystarczy schylić się i je podnieść. To byłaby kolejna internetowa bajka, ale możliwości są realne. I właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie współczesny paradoks pieniędzy.
Z jednej strony żyjemy w czasach ogromnych możliwości.
Z drugiej – w czasach ogromnych oczekiwań.
- Kiedyś wystarczyło mieć dom. Dzisiaj chcemy mieć piękny dom.
- Kiedyś wystarczyło mieć samochód. Dzisiaj chcemy mieć dobry samochód.
- Kiedyś człowiek miał jedną pracę. Dzisiaj powinien mieć karierę, dodatkowe źródła dochodu, inwestycje, markę osobistą i najlepiej jeszcze jakiś pasywny dochód, który „pracuje, kiedy śpisz”.
- Kiedyś dziecko pojawiało się wtedy, kiedy pojawiało się wspólne życie. Dzisiaj potrafimy zrobić z rodzicielstwa projekt wymagający excela.
I być może właśnie tutaj pieniądze zaczynają kraść nam coś znacznie ważniejszego niż pieniądze.
Pieniądze kradną nam początek.
Bo całe życie możemy czekać na moment, w którym będziemy „wystarczająco zabezpieczeni”, żeby wreszcie zacząć żyć. Tylko, że jest jeden problem z odkładaniem życia na później. Wszyscy wiemy, że ludzie żyją dzisiaj dłużej niż kiedyś. Ale nie wszyscy. I nigdy nie dostajemy przy narodzinach informacji, do której grupy będziemy należeć.
Skąd więc wiesz, że masz jeszcze trzydzieści lat?
Skąd wiesz, że masz dziesięć?
Skąd wiesz, że masz czas, żeby najpierw dorobić się wszystkiego, co według ciebie powinieneś mieć, a dopiero potem zrobić to, na co naprawdę masz ochotę?
Może największym luksusem naszych czasów nie jest wcale posiadanie pieniędzy. Może jest nim świadomość, że nie wszystko, co można odłożyć, powinno się odkładać.
Pieniądz – najbardziej niedokładna miara sukcesu?
Pieniądze są prawdopodobnie najbardziej kuszącą miarą sukcesu, jaką wymyśliliśmy. Są konkretne. Można je policzyć. Porównać. Pokazać na ekranie. Można wpisać je w tabelkę i powiedzieć: „W tym roku jestem dalej niż w poprzednim”.
Tylko dalej – dokąd?
Czego pieniądze nie są w stanie zmierzyć?
Pieniądze mierzą przede wszystkim to, ile pieniędzy masz.
Nie mierzą tego, czy jesteś szczęśliwy. Nie wiedzą, jak śpisz. Nie wiedzą, czy lubisz swoje życie. Nie wiedzą, ile razy w tygodniu wracasz do domu z poczuciem, że właśnie zmarnowałeś kolejny dzień. Nie wiedzą, czy masz przy sobie ludzi, do których możesz zadzwonić o trzeciej nad ranem. Nie wiedzą nawet, czy masz czas, żeby wydać te pieniądze.
A mimo to właśnie pieniądze najłatwiej pokazujemy światu jako dowód, że nam się udało.
Samochód. Mieszkanie. Wakacje. Zegarek. Restauracja. Metka. Liczba na koncie.
Cała reszta jest trudniejsza do sfotografowania.
Nie zrobisz zdjęcia swojej wolności o siódmej rano. Nie wrzucisz na Instagram relacji z tego, że możesz w środku tygodnia iść na spacer, bo nie musisz być nigdzie o konkretnej godzinie. Nie pokażesz w karuzeli, że masz spokojną relację z partnerem, zdrowe granice albo że od pół roku nie budzisz się z myślą, że nienawidzisz poniedziałków.
Tego nie da się łatwo skapitalizować. Być może właśnie dlatego tak łatwo pomylić wartość życia z wartością jego dekoracji.
- Możesz zarabiać sto tysięcy miesięcznie i być bankrutem emocjonalnym.
- Możesz zarabiać pięć tysięcy i mieć życie, którego nie chciałbyś zamienić na żadne inne.
- Możesz mieć ogromny dom i nigdy nie czuć się w nim u siebie.
- Możesz mieszkać na trzydziestu metrach i po raz pierwszy w życiu czuć, że jesteś dokładnie tam, gdzie chcesz być.
Czy pieniądze są odpowiednią miarą sukcesu w życiu?
Pieniądze nie są złą miarą. Są po prostu niepełną miarą.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy z jednego parametru robimy cały wzór na człowieka.
I nagle pytamy: „Ile zarabiasz?”, zamiast: „Jak żyjesz?”
To pierwsze pytanie jest łatwe. Drugie potrafi rozłożyć człowieka na części. Bo może się okazać, że masz więcej pieniędzy niż kiedykolwiek wcześniej i jednocześnie mniej życia. I wtedy pojawia się pytanie, którego nie zadaje nam żaden kalkulator: Jeżeli pieniądze mają być dowodem na to, że odniosłeś sukces, to co właściwie oznacza sukces, kiedy nie masz już czasu, żeby z niego skorzystać?
Czy my, jako ludzkość, nadal tylko próbujemy przetrwać?
Kiedyś odpowiedź była prosta. Trzeba było znaleźć jedzenie i wodę. Zbudować schronienie. Przeżyć zimę. Uchronić dzieci przed chorobą. Nie umrzeć z głodu, nie zostać napadniętym i nie zamarznąć. Przetrwanie miało wtedy bardzo fizyczny charakter.
Dzisiaj raczej nie boimy się, że jutro nie znajdziemy niczego do jedzenia.
Boimy się, że…
- nie będzie nas stać na mieszkanie,
- stracimy pracę,
- nie odłożymy wystarczająco dużo,
- kredyt nas przerośnie,
- nie będziemy mieć emerytury,
- zachorujemy i nie będziemy mogli pracować,
- inni są przed nami,
- nasze dzieci będą miały gorzej,
- za dziesięć lat nadal będziemy w tym samym miejscu.
I nagle okazuje się, że…
Instynkt przetrwania wcale nie zniknął.
Zmienił tylko ubranie.
- Nie uciekamy już przed wilkiem. Uciekamy przed debetem.
- Nie walczymy o kawałek ziemi. Walczymy o zdolność kredytową.
- Nie gromadzimy zapasów na zimę. Gromadzimy pieniądze na „czarną godzinę”.
I może właśnie dlatego tak trudno nam powiedzieć sobie: „Mam wystarczająco”, bo dla naszego mózgu „wystarczająco” nigdy nie było szczególnie bezpieczną kategorią. W świecie, w którym jutro mogło oznaczać głód, dodatkowy worek zboża miał sens. W świecie, w którym jutro może oznaczać utratę pracy, dodatkowe pięćdziesiąt tysięcy na koncie daje poczucie bezpieczeństwa.
Problem polega na tym, że…
Strach bardzo szybko uczy się nowych liczb.
Najpierw myślisz: „Chcę mieć dziesięć tysięcy oszczędności”.
Masz dziesięć.
„Teraz trzydzieści, wtedy będę spokojna”.
Masz trzydzieści.
„Sto tysięcy byłoby naprawdę bezpieczne”.
Masz sto.
I nagle okazuje się, że nie czujesz się bezpieczniej. Po prostu próg strachu przesunął się razem z saldem konta. To jest chyba jedna z najbardziej przewrotnych rzeczy w naszej relacji z pieniędzmi. Możemy całe życie budować zabezpieczenie przed życiem, które przecież właśnie się wydarza. Odkładać podróże, bo jeszcze za mało zarabiamy. Odkładać rodzinę, bo jeszcze nie mamy mieszkania. Odkładać odpoczynek, bo teraz jest dobry moment na rozwój. Odkładać przyjemność, bo trzeba być odpowiedzialnym.
Odkładać wszystko na później.
A potem pewnego dnia możemy obudzić się z imponującym kontem bankowym i bardzo przeciętną ilością wspomnień.
Nie twierdzę, że pieniądze są nieważne.
Są ważne.
Czasami są cholernie ważne.
Potrafią uratować człowieka przed sytuacjami, z których bez nich nie ma łatwego wyjścia. Dają bezpieczeństwo, wybór i możliwość powiedzenia „nie”. Ale może warto w pewnym momencie zadać sobie pytanie: Czy jeszcze buduję bezpieczeństwo, czy już tylko próbuję uciszyć swój lęk kolejną liczbą?
Być może największym osiągnięciem człowieka nie będzie kiedyś posiadanie wszystkiego. Może będzie nim umiejętność rozpoznania momentu, w którym już nie trzeba walczyć o przetrwanie – i można wreszcie zacząć żyć.
