7-13 minut
Seria z innej perspektywy
Drogi czytelniku, droga czytelniczko – witajcie w przewrotnej serii z innej perspektywy, gdzie dzielę się swoimi przemyśleniami na rozmaite tematy. Dzisiaj rozbieram na części temat miłości, który prędzej czy później pojawia się w życiu każdego z nas. Nie będzie to sesja coachingowa o relacjach, niestety nie mam uprawnień, ale jak zwykle porozmawiamy o tym przybierając nietypową perspektywę.
Wierzę, że znajdziecie tutaj dokładnie to, czego brakuje w najlepiej sprzedających się książkach o miłości, czyli niezbyt wygodną prawdę na temat życia złudzeniami i pogrążania się w wyobrażeniach, często odjechanych od rzeczywistości. Nie oczekujcie gotowych odpowiedzi. Spodziewajcie się pytań, na które będziecie musieli odpowiedzieć sobie sami.
Definicja miłości
Nic nigdy nie dało mi tyle siły, ile otrzymałam od ludzi. Szczególnie, kiedy myślę o tym w kontekście najtrudniejszych momentów mojego życia, na myśl przychodzą mi konkretne obrazy…
Moja przyjaciółka, tuląca mnie na cmentarzu, kilka metrów za tłumem, gdy na pogrzebie ukochanej babci z tej rozpaczy nie mogłam już złapać tchu. To był moment w którym pękłam, bo właśnie rozpadał się cały mój świat, który do tej pory znałam. Świat, którym żyłam i w którym byłam szczęśliwa, właśnie przestał istnieć.
Oczy mojego brata, które widziały mnie na totalnym dnie. Kiedy rzeczywistość po stracie przygniatała mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie nawet wstać z łóżka. Widział moją najsilniejszą i najsłabszą wersję. Kiedyś byłam starszą siostrą, która zawsze dawała radę, a tymczasem nie była w stanie po prostu podnieść się z łóżka. Tą, która wierzyła w swoje możliwości bardziej niż wszyscy, a teraz nie chciała widzieć żadnych i po prostu stać w miejscu.
Złote słowa mojego blisko 90-letniego dziadka: „Aaach… Pies go jebał…”, nalewającego mi kieliszek wódki, na wieść o zakończeniu mojego dobrze zapowiadającego się, wieloletniego związku i zerwaniu zaręczyn, które jakieś 8 miesięcy później miały dopełnić się zawarciem małżeństwa.
Głos zaniepokojonego taty, wbiegającego do kuchni, gdy leżałam na podłoże, tuż po ataku padaczki – jak przez mgłę, bo właśnie traciłam resztki przytomności, ale wiedziałam, że był tam. Był przy mnie. A później dłoń mojej mamy, która nie chciała opuścić mnie ani na chwilę, kiedy w napięciu oczekiwaliśmy na termin operacji, po diagnozie raka mózgu. Troska i miłość wypisane na ich twarzach.
Słowa wypowiadane cały czas przez moich braci, rodziców, przyjaciół i współpracowników: „Trzymaj się, silna jesteś!”, „Cieszę się, że dajesz radę”, „Jestem z tobą”, „Myślę o tobie”, „To nie koniec, musi być dobrze!”, „Walcz dziewczyno!”.
Moja przyjaciółka desperacko jadąca do mnie z Gdańska, by odwiedzić mnie w szpitalu. Tylko, że to nie były zwykłe odwiedziny. To było pokonywanie własnych ograniczeń, bo kiedy od lat zmagasz się z własnymi trudnościami i na każdym kroku obawiasz się ataku paniki, w takich momentach prowadzi cię uczucie, które przełamuje każdy opór. To jest jak misja. W jej uporze widziałam tę samą determinację, jaką prawdopodobnie kiedyś moi pradziadkowie odczuwali, udając się na front.
Moi współpracownicy, dla których od roku byłam głową zespołu. Osobą, na której w każdej sytuacji mogli się oprzeć. Teraz przez bite 6 miesięcy pozostawali ze mną w kontakcie. Prywatnie. Każdego dnia. I pomimo napięć w pracy, w ogóle nie poruszali drażliwych, ciężkich tematów o ich codziennych zmaganiach. Troszcząc się o moje samopoczucie i dając mi wsparcie, takie samo, jakie zwykli otrzymywać.
W tych strasznych chwilach. W tych momentach, kiedy mój świat się kończył. Wszystkie te gesty, obecność i słowa… to była miłość. Miłość do człowieka, jakim byłam i jakim mnie znali. Jako córkę. Jako siostrę. Jako przyjaciółkę. Jako współpracowniczkę lub szefową. Ciepło, którego doświadczałam w tych wszystkich trudnych momentach, zapadło mi głęboko w serce. I właśnie wtedy, gdy moje życie rozpadało się na tysiące małych kawałków, dziesiątki ludzi i ich szczere wsparcie, trzymali mnie mentalnie w jednym kawałku. To nie było jak posklejanie zbitego kubka taśmą. To była trwała spoina.
I choć każda miłość jest inna. Choć każda ma swój ekskluzywny język. I często nie da się jej po prostu zaszufladkować. Miłość, w moim odczuciu, to najbardziej pozytywna energia, jaka istnieje. Nie sądzę, aby istniało coś silniejszego. Miłość istnieje i trwa, pomimo trudności, a właściwie – w czasie próby, przybiera na sile. Jeśli tak nie jest, najprawdopodobniej to nie jest miłość. I takie odkrycia też mam już za sobą. Bolesne, ale wartościowe lekcje od życia.
Miłość to nie zawsze zakochanie, czyli o rodzajach miłości, które znamy
Najczęściej rozmawia się o miłości w kontekście romantycznym, ale w przytoczonych przeze mnie wspomnieniach, wyraźnie można zauważyć, że miłość nie zawsze oznacza romantyczny związek. Czasami miłość to efekt prawdziwej przyjaźni, głębokiej bliskości z drugim człowiekiem.
Miłość rodzinna
Pewne rodzaje miłości są oczywiste – tak jak miłość rodziców do dziecka, czy dziadków do wnuków albo miłość brata do siostry i odwrotnie. To wręcz wpisane w tradycyjny, rodzinny obraz, jaki znamy. I choć nie mam jeszcze swoich dzieci, to śmiem sądzić, że jeśli rodzic nie kocha dziecka, po prostu nie jest rodzicem. Jeśli dziadkowie nie cieszą się wnukami i nie są z nich dumni, to najwyraźniej powinni spędzić ze sobą więcej czasu, bo chyba zaszło pewne nieporozumienie. W przypadku rodzeństwa wiem, że tutaj bywa różnie i na ogół widzę więcej kłótni niż pojednania. Jednak jak nie kochać kogoś, kto był z tobą przez tyle lat i zawsze z tobą będzie, nawet gdy wszyscy, których kochasz, odejdą?
To oczywiście moja subiektywna opinia, bo miałam szczęście urodzić się we wspaniałej rodzinie i wiem, że nie wszyscy mogą się cieszyć podobnym doświadczeniem. Mimo to, nawet mając w rodzinie wspaniałych ludzi, sama wiem, jak łatwo jest tego nie doceniać, dopóki naprawdę nie mamy okazji przekonać się, ile ich obecność w naszym życiu naprawdę waży.
Miłość przyjacielska
Miłość przyjacielska to zupełnie inna bajka, bo nie łączą nas więzy krwi, a jedynie wspólne przeżycia i to, że nasze drogi miały okazję kiedyś się przeciąć, a relacja, miała szansę sprawdzić się w trudnych momentach. Zaufanie, wsparcie i zrozumienie, które wymieniamy między sobą (dajemy i otrzymujemy), rodzą się z empatii. Mimo to, nie dla wszystkich mamy jednakowy poziom współodczuwania. Niektórych po prostu czujemy bardziej. Są nam bliżsi, nawet jeśli na ogół to skomplikowani ludzie. Prawdziwa przyjaźń to piękna rzecz – mieć wokół siebie ludzi, którzy stają się dla ciebie częścią rodziny, którą sam wybierasz.
Miłość romantyczna
Miłość romantyczna to zupełnie inny kaliber. Nie ma chyba trudniejszej decyzji do podjęcia w całym życiu niż ta, z którą osobą chcemy je dzielić do końca swoich dni. I choć zwykle jest to droga, na której nie unikniemy rozczarowań i przykrości, są one konieczne, aby zrozumieć, co tak naprawdę jest nasze, a co trzeba odpuścić. Wiele osób rezygnuje z poszukiwań, ale prawda jest taka, że jeśli miłość ma przyjść, to przychodzi. Nieważne czy jesteś na to gotowy, po prostu pojawia się i zostaje. Nie zawsze oznacza to, że miłość naszego życia zawsze jest obok, ale na pewno jest obecna w naszym sercu. Nawet jeśli mijają lata. Nawet jeśli w tym czasie zmieniają się plany, miejsca zamieszkania, czy partnerzy. Wierzę, że uczucie prawdziwej miłości objawia się podskórnie. Nigdy nie wiesz na pewno, a jednak wiesz doskonale. Historie tak zawiłe i nieprawdopodobne, że komuś o zdrowych zmysłach, ciężko byłoby w to uwierzyć. A jednak… Zdarzają się i potrafią wywrócić do góry nogami całe dotychczasowe życie. Historie miłosne to długi temat i sądzę, że zasługują na oddzielny wpis.
Miłość do siebie
Miłość do siebie jest chyba najtrudniejszą ze wszystkich miłości. Nie ma świadków, kwiatów ani rocznic. Jest w tym, jak traktujesz własne ciało, jak stawiasz granice i czy potrafisz odejść z miejsca, w którym codziennie ktoś przekonuje cię, że jesteś mniej warty. To nie narcyzm. To cicha zgoda na własne istnienie, bez konieczności zasługiwania na nie. Bo trudno naprawdę kochać innych, jeśli przez całe życie prowadzisz wojnę z samą sobą.
Czy pięć języków miłości to totalna ściema?
Pewnie słyszeliście o sławnej książce „5 języków miłości. Tajemnica miłości na całe życie” (Chapman Gary), a być może nawet było wam dane ją przeczytać? Nie ukrywam, że podczas czytania zawsze włącza się we mnie tryb krytycznego myślenia i do tego samego zachęcam również was – cokolwiek czytacie / oglądacie.
Dla przypomnienia, w książce Chapana języki miłości dzielą się na:
- słowa (okazywanie miłości poprzez komunikację werbalną),
- wspólne spędzanie czasu (poświęcanie czasu jako inwestycja w relację),
- obdarowywanie (dawanie drobnych, często przemyślanych prezentów),
- działanie (wyręczanie lub wspieranie w codziennych obowiązkach)
- dotyk (bliskość fizyczna).
O ile samo rozróżnienie pięciu sposobów okazywania miłości ma zupełny sens, to jednak zaklasyfikowanie miłości w te pięć etykiet, wydaje się być zwykłą bujdą. Nie znam ani jednej osoby, która reprezentowałaby pojedynczy język miłości. Zdecydowanie bardziej naturalnym sposobem okazywania uczuć jest ich mieszanie – raz powiem coś miłego, drugim razem zrobię śniadanie, innym razem zechcę być blisko i po prostu się przytulić. W zależności od miejsca, czasu i kontekstu, ale też samopoczucia, które jak wiemy, bywa zmienne.
To jednak nie jest największy problem, który widzę w tej książce. Bo faktycznie wspomina ona o tym, że języki miłości mogą być mieszane. Problem leży gdzie indziej. Książka obiecuje zdradzenie tajemnicy miłości na całe życie i traktuje o językach miłości, jakby to było rozwiązanie wszystkich problemów w relacjach. Tymczasem możecie mówić tym samym językiem miłości i odczuwać idealną harmonię w zakresie brania i dawania. Cieszyć się tym i sądzić, że skoro tak świetnie potraficie się komunikować i żyć ze sobą w harmonii, to wasza „miłość” przetrwa wszystko.
Niestety to nie prawda.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Nawet tożsame języki miłości nie uratują relacji, w której nie zgadzają się kwestie fundamentalne, takie jak podstawowe wartości życiowe, plany na przyszłość, budowanie wizji wspólnego życia. Można o tym rozmawiać, można sprawdzać czy myślimy w tym samym kierunku – tylko czasami pytanie nie polega na tym, czy myślimy, ale czy idziemy tam razem. I tu pojawia się pytanie, które rozpala dyskusje w damskim gronie: co właściwie oznacza, kiedy jedna osoba jest gotowa na wspólne życie, a druga wciąż mówi „jeszcze nie teraz”?
Każdy zasługuje na miłość, a przede wszystkim TY
Niezależnie od tego, kim jesteś, skąd pochodzisz, ile masz lat i jak bardzo pogubiłeś się po drodze – zasługujesz na miłość. Ale nie na jej namiastkę. Nie na relację, w której całymi latami próbujesz przekonać drugiego człowieka, że warto z tobą zostać. Nie na miłość warunkową, dawkowaną wtedy, kiedy akurat jesteś wystarczająco wygodny, atrakcyjny, spokojny albo potrzebny.
Czasami najbardziej romantyczną rzeczą, jaką możemy zrobić dla siebie, jest przestać czekać. Przestać tłumaczyć czyjeś zachowanie, dopowiadać sobie brakujące elementy historii i budować przyszłość z człowiekiem, który sam nie jest pewien, czy chce być jej częścią.
Miłość nie powinna odbierać ci poczucia własnej wartości. Powinna o nim przypominać.
I być może właśnie tego uczymy się najdłużej – że zasługiwanie na miłość nie polega na tym, żeby stać się kimś, kogo wreszcie da się pokochać. Polega na tym, żeby najpierw uwierzyć, że jesteś wart miłości dokładnie taki, jaki jesteś. A potem mieć wystarczająco dużo odwagi, żeby nie przyjmować niczego poniżej tej wartości.
