SUKCES z innej perspektywy

13–19 minut

Seria z innej perspektywy

Drogi czytelniku, droga czytelniczko – witajcie w przewrotnej serii z innej perspektywy, gdzie dzielę się swoimi przemyśleniami na rozmaite tematy. Dzisiaj rozbieram na części temat sukcesu, który zdaje się, grzeje wszystkich dookoła mnie. Nie zamierzam opowiadać o truizmach, te z powodzeniem znajdziecie w niezliczonej ilości książek rozwojowych. Wręcz przeciwnie, liczę na to, że wspólnie nabierzemy nieco innej perspektywy i spojrzymy na ten temat dualistycznie. Bez słodko-pierdzących cytatów motywacyjnych.

Wierzę, że znajdziecie tutaj dokładnie to, czego brakuje w najlepiej sprzedających się książkach o sukcesie, czyli niezbyt wygodną prawdę na temat otaczającego nas świata, wszechobecnej obsesji na punkcie posiadania i całego schematu, który podstępnie zamyka nasze myśli w pułapce. Nie oczekujcie gotowych odpowiedzi. Spodziewajcie się pytań, na które będziecie musieli odpowiedzieć sobie sami.

Droga do sukcesu

Słyszałeś, aby ktoś kiedyś powiedział, że chce być przeciętny? 

A no właśnie… Każdy przecież ma jakieś marzenia. Jedni mówią o nich głośno, inni skrywają swoje je głęboko, z dala od światła dziennego. Nikt nie chce być przeciętniakiem. Każdy ma w sobie coś więcej – tą niezaspokojoną chęć do osiągania sukcesu. Niestety nie każdy ma w sobie równie mocny pęd do sukcesu. Poczucie tak silnie ugruntowane, jak sam instynkt przetrwania. 

Dzieci w magiczny sposób – intuicyjnie, zupełnie podświadomie – czują swoją wyjątkowość. Mimo, że jeszcze nie rozumieją życia i nie znają utartych schematów, są na etapie w którym przynajmniej rozumieją siebie. Nastolatki to już zupełnie inna bajka, choć trzeba przyznać, że pragną czuć spełnienie i satysfakcję w swoim życiu – na takim samym poziomie jak dorośli, którzy już od lat pracują na etacie i z każdym kolejnym rokiem, powoli tracą wiarę, że kiedykolwiek uda im się dotrzeć tam, gdzie zawsze chcieli. Ci młodsi natomiast, oni jeszcze wierzą.

Są głęboko przekonani, że wciąż wszystko przed nimi.

Że świat stoi otworem.

Że czas jest nieskończony.

Że szczęście istnieje.

Że nie ma absolutnie żadnych granic. 

Zawsze w życiu nadchodzi jednak ten jeden moment, który przynosi ogromne zmiany. Moment, w którymi sami zaczynamy decydować o sobie i o swojej rzeczywistości. To właśnie tutaj pojawiają się pierwsze możliwości, a nieraz też pierwsze trudności, z jakimi przychodzi nam się zmierzyć bez wsparcia innych.

Często wybieramy cel i dążymy do niego konwencjonalnie, podobnie jak większość znanych nam osób – idziemy do odpowiedniej szkoły, wybieramy kierunek studiów, uczestniczymy w stażach, kończymy studia i zaczynamy szukać takiej pracy, która jak najszybciej pomoże nam zbliżyć się do wizji tego wymarzonego przed laty życia. I faktycznie przez dziesiątki lat była to często jedyna słuszna droga do rozwoju i budowania kariery. Jednak w świecie, kiedy tytuł magistra stał się standardem, rzadko decyduje on o sukcesie. To sprawia, że nawet w ramach konwencjonalnej ścieżki, powodzenie nie jest gwarantowane.

Jest też inna możliwość, wybierana przez znacznie mniejsze grono osób. Pewnie dlatego, że wydaje się bardziej chaotyczna, mniej uporządkowana, a przez to dość niepewna i nieco bardziej ryzykowna. W tym scenariuszu, podobnie jak poprzednio, określamy cel i staramy się go osiągnąć. Różnica polega jednak na sposobie w dążeniu do samorealizacji. Podejście niekonwencjonalne jest dla osób o mocniejszych nerwach, silnej wierze we własne możliwości i umiejętności podążania za zmianą. Samotne poszukiwania dróg prowadzących do celu, nie tylko pokazują setki możliwości, ale również setki scenariuszy, kończących się fiaskiem.

W tak skonstruowanym świecie, niezależnie od pierwszego wyboru – ścieżki konwencjonalnej lub niekonwencjonalnej – czekają na nas niewyobrażalne wyzwania.

Najczęściej sukces nie przychodzi z dnia na dzień.

A przypadki, w których nagły sukces spadł komuś z nieba – to wyjątki, które tylko potwierdzają tę regułę. 

Sukces rodzi się z wizji, ciągłego dążenia do nieosiągalnej perfekcji, rozwoju na każdym możliwym poziomie. Większość z nas, patrząc na nielicznych, którym faktycznie się udało, widzi tylko szczyt góry lodowej. Mówią o szczęściu. O tym, że temu czy tamtej jest łatwiej. Ale nie widzą ogromu pracy, którą trzeba było wykonać. Nie widzą skali poświęceń, dokonywanych przez lata. Nie widzą wyrzeczeń, bo nie wiedzą, że aby gdzieś dojść, po drodze trzeba odpuścić wiele innych rzeczy / dróg / możliwości. 

Dochodzimy do sedna – tutaj nic się nie udało. Wszystko zostało wypracowane.

  • Potrzebny był pomysł i spójność działania.
  • Dyscyplina, którą niewielu może się pochwalić.
  • Siła charakteru, która pozwala przekraczać kolejne granice nawet wtedy, gdy wszyscy inni odpuszczają.
  • Plan, który często zmieniał się w zależności od pojawiających się okoliczności i zwykle na końcu drogi, znacznie różnił się od pierwotnych założeń.
  • Wiara, która w teorii czyni cuda, a w praktyce, pozwala zachować ambicje pomimo przeszkód.
  • I finalnie pasja – coś, czego nie da się podrobić, nie da się skopiować. Taka, która płynie z środka i z zewnątrz – tak samo z serca, jak i z głowy. Połączenie myśli, atomów i duszy na tym samym poziomie.

Na pewno słyszałeś, że robiąc to, co lubisz, nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia. To prawda i jednocześnie nieprawda. Prawda, bo mając pasję, będzie ci łatwiej się rozwijać i zachować stałość. Nieprawda, bo nadal będziesz musiał mierzyć się z bezwzględnymi przeciwnościami losu i z ludźmi, którzy będą ci zazdrościć, jeśli coś zacznie ci w życiu wychodzić lepiej niż im. 

Czym właściwie jest sukces?

Od tego pytania tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Fakt, że sukces ma wiele oblicz, jest niezwykle fascynujący.

Choć każdy widząc dobrze prosperującą firmę, piękny dom z drogim autem na parkingu i długie wakacje w egzotycznych krajach, podświadomie interpretuje to jako sukces, to tak naprawdę, sukces okazuje się być czymś zupełnie innym dla każdego z nas. Tak, jak nasze marzenia są całkowicie różne, wyjątkowe i dzięki temu tak pociągające, tak samo i sukces występuje w różnych odmianach, różnych barwach, różnych formach. Istnieją rozmaite indywidualne sposoby mierzenia i odczuwania sukcesu. 

Tu zdaje się leży największy paradoks.

Pomimo tego, że istnieją rozmaite rodzaje sukcesu, większość ludzi opisałaby sukces dokładnie w ten sam sposób – najczęściej skupiając się na dobrach materialnych, nawet nie biorąc pod uwagę ukrytych kosztów tych “osiągnięć” (do tego wrócimy za moment).

I w tym miejscu wypadałoby chyba zadać sobie szczere pytanie – Co jest z nami nie tak?

Czy naprawdę mamy aż tak ograniczone pole widzenia?

Czy serio social media aż tak wyprały nam mózgi? 

Często zastanawiam się nad tym, bo skoro w gruncie rzeczy nikt nie chce być przeciętny, to po co osiągać sukces, który wygląda jak tania podróbka dobrego życia z Instagrama, zamiast naprawdę zadbać o coś, co przyniesie prawdziwą radość, ulgę i szczęście? 

Z biegiem lat dochodzę do wniosku, że sukces bardzo ciężko zamknąć w utarte ramy. To nie jest obraz, który przez wieki pozostaje taki sam i nadal cieszy oko. To raczej dzieło życia, które należy oprawić dopiero po naszej śmierci. Pełne zmian, ciężkie od rozmaitych odcieni szarości i nietypowych skali kolorów. Wciąż otwarte na możliwości. 

Kiedyś, mając zaledwie 5 lat, byłam przekonana, że prawdziwe szczęście w życiu to odnalezienie swojej jedynej, prawdziwej miłości. Mieszkało to we mnie latami i nigdy, nawet po dziś dzień nie zrezygnowałam z tego marzenia. 

Gdy byłam nastolatką, moim największym marzeniem było mieć własnego konia, którymi naprawdę się wtedy pasjonowałam. I przyznam szczerze, że nadal kocham te zwierzęta, ale dziś raczej nie zamieniłabym swojego auta na konia. Po co mi do cholery koń, przy którym trzeba codziennie chodzić, kiedy mogę mieć 200 koni mechanicznych, gotowych do drogi, kiedy tylko zechcę?

Kilka lat później, najbardziej na świecie zależało mi na tym, aby się usamodzielnić. Aby być sobie panią i władczynią własnego losu. Żeby mieć na tyle wolności w swoim małym życiu, aby nikt nigdy nie mógł mówić mi co mam robić, a czego nie. Abym miała niezależność, niezbędną do samodzielnego decydowania o tym, co jest dla mnie dobre, a co nie. I aby uciec od wpływu innych (wtedy szczególnie od wpływu rodziców, którzy mimo, że kochali mnie, to niestety zawsze “wiedzieli lepiej”.)

Będąc na studiach, myślałam tylko o tym, jak bardzo jest to strata czasu. Jak bardzo wiedza, którą mi tam serwowano, przypomina przeterminowaną przystawkę przed daniem głównym, czyli przed prawdziwym życiem, które z teorią uniwersytecką ma naprawdę niewiele wspólnego. Chciałam zmian. I robiłam zmiany. Dużo zmian. Drastycznie. Bez półśrodków. Nie zawsze były dobre, ale zawsze popychały mnie do przodu. Marzyłam wtedy o świętym spokoju. O osiągnięciu stabilizacji. O tym, aby każdego dnia nie odpowiadać sobie znowu na pytanie – czy to co robię, ma jakikolwiek sens? Finalnie ukończyłam licencjat i zrezygnowałam z dalszej nauki na uczelniach wyższych. 

W wieku 21 lat zaczęłam swoją pierwszą prawdziwą pracę. Choć wcześniej miałam sporo innych zajęć, były one skierowane bardziej na przetrwanie. Tym razem, znalazłam się w miejscu, gdzie szanse rozwoju były realne, a prawdziwe pieniądze znajdowały się w zasięgu ręki. Marzyłam o przejściu pełnej ścieżki – od najniższego szczebla do kadry zarządzającej. Myślałam o tym w kategorii 5 lat, choć ten cel zmaterializował się w ciągu 4 lat. Byłam dumna. Robiłam to, co sprawiało mi radość i praktycznie nie czułam upływu czasu. Przynajmniej do momentu w którym zostałam szefową zespołu. 

Kiedy objęłam stanowisko managerskie w międzynarodowej korporacji, byłam na to bardzo nieprzygotowana. Mimo to, jak zawsze, próbowałam. Każdego dnia od nowa. Czasami z lepszym skutkiem, czasami z gorszym. Nagle więcej zależało od ludzi, niż ode mnie. Koszt tego osiągnięcia okazał się być zupełnie nieproporcjonalny do tego, ile musiałam poświęcić. I wtedy zapragnęłam, aby uwolnić się od spoczywającej na mnie odpowiedzialności. W końcu czy cokolwiek zmienia sześciocyfrowa suma rocznych dochodów, jeśli brakuje ci przestrzeni na zwykłe życie, na śniadanie, na sen? (Więcej o realiach życia managera możesz przeczytać w książce Korp Me Tender – kliknij, aby pobrać darmowy rozdział.)

Gdy poważnie się rozchorowałam, w pewnym momencie stanęłam na linii życia i śmierci. Nowotwór nie wybiera – zabiera ludzi z każdej półki wiekowej. Nawet jeśli jesteś przed trzydziestką, nie możesz czuć się bezpiecznie z taką diagnozą. Naprawdę marzyłam tylko o tym, aby mieć więcej czasu. Moje życie zatrzymało się z dnia na dzień i dopiero wtedy dostrzegłam ile jest rzeczy, których chciałabym spróbować. Ile miejsc, w których nigdy nie byłam. Ile restauracji, których jeszcze nie wypróbowałam. Ile doświadczeń – tych bardziej i mniej szalonych, wciąż mnie omija. Marzyłam o życiu, w którym mam czas na doświadczanie życia. 

I choć moje życie jeszcze się nie skończyło, to i tak w perspektywie niemal trzech dekad wyraźnie zauważam, jak bardzo zmieniają się nasze pragnienia, a wraz z nimi perspektywa na postrzeganie sukcesu. Coś, co kiedyś wydawało się być najważniejsze na świecie, nagle zupełnie znika, jakby przestawało istnieć. Są jednak takie marzenia, z których nie wyrastamy. Które są w nas tak głęboko zakorzenione, że zawsze znajdzie się na nie miejsce, niezależnie od wszystkiego. Niektóre pragnienia podążają za nami przez całe życie i zdaje się, że właśnie te warto spełniać. Tak właśnie było z moim pisaniem. Towarzyszyło mi od zawsze. Czasami jako rozrywka, innym razem jako auto-terapia. Choć przez większość życia traktowałam to całkowicie jako hobby, pisząc raczej do szuflady, to wiedziałam, że gdziekolwiek się udam, niosę ze sobą słowa na każdą drogę swego życia. 

Ukryte koszty sukcesu

Każdy, kto ma choć najmniejszy zmysł do biznesu, doskonale wie, że nie ma zysków bez wcześniejszego poniesienia kosztów.

Krótko mówiąc – ile włożysz, tyle wyjmiesz. 

Brzmi znajomo?

No właśnie. Zwykle to stwierdzenie jest bezbłędne, bezpośrednio przekładając się na praktykę w budowaniu czegokolwiek. I jakimś zupełnie dziwnym przypadkiem, koszty sukcesu, to element najchętniej pomijany. Dlaczego? Z perspektywy zdroworozsądkowej wydaje się, że to kompletny absurd. Dostrzegam jednak pewne możliwości, wyjaśnienia tego zagadnienia.

Łatwo jest oceniać po łebkach, nie wiedząc co naprawdę kryje się pod powierzchnią. To najbardziej oczywisty powód. Patrząc na “człowieka sukcesu” nie widzimy na pierwszy rzut oka wszystkich poświęceń, których musiał dokonać. Tych niezliczonych godzin pracy. Odkładnia przyjemności na później. Często funkcjonowania w totalnym chaosie – nieregularnego snu, opuszczonych posiłków i braku opcji odpoczynku. Osobistych momentów (np. rodzinnych spotkań), które przepadają na zawsze. Osoby o wysokim poziomie odpowiedzialności zwykle funkcjonują w trybie: dobra, odpocznę, kiedy wszystko będzie już gotowe. Tylko zazwyczaj taki moment nie nadchodzi lub czeka się na niego latami. Więc kreowanie opinii na tej podstawie, wydaje się co najmniej niesprawiedliwe, prawda?

Kolejna kwestia nadal dotyczy mylnego wrażenia. Osoba, ciesząca się sukcesem, zazwyczaj naprawdę czerpie radość ze swoich osiągnięć. I niekoniecznie chodzi mi o piękne instagramowe zdjęcia, ale o zwyczajne korzystanie z życia, po tym, jak sporą jego część wcześniej trzeba było poświęcić na pracę bez wytchnienia. Nie widzę w tym nic złego. Rzecz polega na tym, że ten obraz często jest mylny. Pomyśl o ludziach sukcesu i zastanów się jakie obrazy pojawiają się w twojej wyobraźni. Raczej nie ma tam smutku, depresji czy problemów. Nawet jeśli dramaty się zdarzają (bo życie przecież nigdy nie jest kolorowe), nikt ich nie pokazuje. A jeśli tak, to na pewno nie robi tego przypadkiem… Cały PR stoi na sprawianiu odpowiedniego wrażenia. Wiadomo, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, tak samo jak wystarczy jeden fałszywy ruch, aby całkowicie zepsuć image i utracić dobrą reputację. 

O branży PR można powiedzieć wiele rzeczy, ale skupiłabym się na najważniejszej.

Rynek PR w Polsce jest bardzo rozdrobniony. Największe agencje (należące m.in. do holdingów WPP, Omnicom, Publicis czy SEC Newgate) osiągają przychody rzędu 20–80 mln zł rocznie, natomiast w naszym kraju działa również kilka tysięcy małych agencji i jednoosobowych konsultantów. Całkowita wartość rynku Public Relations w Polsce szacuje się na ok. 1,2 – 1,8 mld zł rocznie. Aby lepiej zobrazować tę skalę, po prostu pokażę te wszystkie zera:

1 200 000 000 – 1 800 000 000 zł rocznie.

Dokładnie tyle jest warta branża, która chce, abyś myślał, że sukces zawsze jest piękny, łatwy i lekki.

Jeśli pojawiają się jakieś skandale, to zazwyczaj w sposób kontrolowany. Nie łudź się, że jesteś wszystkowiedzący tylko dlatego, że masz konta w social mediach, czasami przeczytasz coś w internecie, obejrzysz shorts / reels, albo program w telewizji. To wszystko bez znaczenia. Ta branża żyje z tego, że odpowiada za “kreowanie wrażenia”. I w tym przypadku niestety jest to celowe wprowadzanie w błąd, bo skoro sukces tak pięknie wygląda na zdjęciach – szerokie uśmiechy, ubrania od projektantów, wystawne imprezy, hermetyczne grono, egzotyczne wakacje, domy warte tyle, że można by wykarmić małe państwo – to na pewno dochodzenie do niego jest równie lekką i piękną przygodą. No niekoniecznie…

Widząc to wszystko, najczęściej pragniemy wierzyć, że “im się udało”, “tacy to mają łatwo w życiu”, „to był złoty strzał”, „kolejny overnight success”, “też bym tak chciał/a”. To może być prawda, przecież zdarzają się wyjątki. Można też odziedziczyć fortunę – oczywiście, że tak. Ale to zdarza się o wiele rzadziej, niż prawdziwa, ciężka praca. Media romantyzują wizję lekkiego sukcesu. I wtedy, kiedy pojawia się pierwsze spotkanie z rzeczywistością, łatwiej jest stracić cały zapał i odpuścić, niż zmierzyć się z prawdą o ukrytych kosztach sukcesu. 

Bilans nie zawsze jest dodatni

Prawda jest taka, że nie każdemu uda się osiągnąć sukces. To nie jest ruletka – życiem nie zawsze muszą rządzić przypadki. Po prostu, tak czy inaczej, balans we wszechświecie musi być zachowany. Nie można mieć wszystkiego. Dlatego jedna z najbardziej świadomych decyzji, jakie można w życiu podjąć opiera się o odpowiedź na pytanie – z czego na pewno nie chcę zrezygnować? 

W zależności od tego, co wybieramy jako swój życiowy priorytet, będziemy musieli liczyć się z kosztami, a te na pewno nas nie ominą. 

Jeśli wybierasz zawodowy sport, musisz liczyć się z tym, że być może nie zawsze będziesz cieszył się dobrym zdrowiem, ze względu na mocne obciążenie organizmu podczas wieloletnich treningów, czy liczne kontuzje, których raczej nie doświadczyłbyś siedząc za biurkiem. Możesz jednak spełnić wielkie marzenie, zarobić fortunę, zyskać sławę, a nawet zapisać się na kartach historii.

Decydujesz się na rozwój zawodowy i poważną karierę. Możesz być najlepszy w swojej branży, ale jeśli nie poświęcisz się temu całkowicie, to prędzej czy później ktoś cię zastąpi. Konkurencja nigdy nie śpi, a świat cały czas idzie do przodu. Nie będziesz miał wiele czasu dla rodziny, ale przynajmniej będzie cię stać na wakacje raz czy dwa razy w roku, którymi zechcesz wynagrodzić bliskim chroniczny brak obecności.

Stawiasz na własny biznes. Znasz swój potencjał. Wiesz, że to będzie kosztowało cię wiele lat pracy i radzenia sobie z problemami, o których większość ludzi nie ma zielonego pojęcia. Możesz osiągnąć większą niezależność, ale nadal będą grube i chude lata. Musisz zarabiać o wiele więcej i odkładać więcej niż inni, aby zapewnić sobie godne życie, gdy nie będziesz już w stanie pracować. Na emeryturę przecież i tak nie masz co liczyć. 

Wybierasz rodzinę, ponad wszystko. Stawiasz na tradycyjną ścieżkę – ślub, dom, dzieci i poświęcasz się temu całkowicie. Sukces to zapewnić maluchom szczęśliwe dzieciństwo i zachować prawdziwą, głęboką więź z partnerem. Mieć ciepły dom, czysty obrus i zawsze coś pysznego do zjedzenia. Cieszysz się tym, choć pomimo, że zostajesz w domu – pracujesz równie ciężko jak inni, którzy w tym czasie pracują na etacie. Z tą różnicą, że oni zazwyczaj robią jeden etat, a ty trzy lub pięć.

I tak jest ze wszystkim…

Każdy wybór niesie za sobą koszt. I zasada ta działa w obie strony – za każdym razem jednocześnie zyskujesz i tracisz. Za każdym razem, kiedy coś wybierasz i kiedy coś odpuszczasz. Za każdym razem, kiedy stwierdzasz, co warto, a czego już nie. Za każdym razem, kiedy wybierasz, co jest twoje, a na co już nie ma miejsca w twoim życiu.

Możesz przecież zrezygnować z pracy, bo chcesz wolności na zasiłku. Okej, ale raczej nie licz na willę z basenem. Możesz nie rezygnować z alkoholu i dalej po cichu pukać w denko od własnej trumny. Możesz iść na terapię, zrezygnować z niej, a później znowu się zapisać. Nic nie jest prostolinijne w życiu – podejmujemy decyzje, zmieniamy decyzje, wprowadzamy korekty – ale zasada akcji i reakcji dogania nas za każdym razem. 

Zastanów się, co tak naprawdę jest istotą Twojego życia. Bez czego nie wyobrażasz sobie przyszłości? Co mówi twoje serce, a co na to twój rozum? I czy to, co słyszysz, to na pewno twoje słowa, czy słowa innych (rodziców, ciotek, wujków, przyjaciół – całego otoczenia, które latami wywierało na ciebie wpływ)? 

Bilans nie zawsze jest dodatni i szczególnie dlatego musimy podejmować decyzje. Brak decyzji też jest decyzją. Bierność również niesie za sobą takie czy inne konsekwencje. Wybierz to, co dla ciebie najważniejsze i dzięki temu staniesz się człowiekiem sukcesu. Niezależnie od tego, czy któregoś dnia pojawisz się w Forbes, na antenie telewizji śniadaniowej, czy w najcieplejszych wspomnieniach twoich bliskich – spełnienie przyjdzie, jeśli na to zapracujesz.

Po prostu dobierz odpowiednią miarę sukcesu do swoich marzeń i nie oglądaj się na innych.

Oni też nie patrzą na ciebie.

Wszyscy mamy ograniczone pole widzenia.