8–12 minut
Seria z innej perspektywy
Drogi czytelniku, droga czytelniczko – witajcie w przewrotnej serii z innej perspektywy, gdzie dzielę się swoimi przemyśleniami na rozmaite tematy. Dzisiaj rozbieram na części temat pracy. Bez obaw – tym razem nie będzie oceny rocznej, wyznaczania celów ani spotkania, które mogło być mailem. Będzie za to trochę niewygodnych pytań o to, po co właściwie pracujemy, ile pracy oddajemy życia i czy naprawdę musimy być „spełnieni zawodowo”.
Zamknięci w systemie – czyli dlaczego pracujemy?
Bo trzeba.
Rachunki same się nie zapłacą, kredyt nie spłaci się afirmacjami, a „podążaj za pasją” brzmi znacznie lepiej, kiedy ktoś już opłacił czynsz.
Tyle że system, w którym żyjemy, nie powstał wczoraj. Od wieków jest zbudowany wokół jednej prostej rzeczy: ludzkiego zasilania. Ktoś musi wstać, zrobić swoje, dostarczyć wynik, zasilić gospodarkę, zapłacić podatki i… najlepiej jutro zrobić to samo. I pojutrze też.
Nic dziwnego, że czasem czujemy się jak chomik na kole. 🐹
Tylko, że między „muszę pracować”, a „muszę pracować właśnie tak” jest ogromna przestrzeń. I właśnie tam zaczyna się pytanie, którego często wolimy nie zadawać:
Ile z naszego życia oddajemy pracy nie dlatego, że tego chcemy,
ale dlatego, że nauczyliśmy się, że tak po prostu wygląda dorosłość?
Może więc problemem nie jest to, że pracujemy? Może problemem jest to, że czasem zapominamy, po co właściwie?
I może nawet wcale nie chodzi o to, żeby przestać pracować, tylko czasem sprawdzić, czy to my korzystamy z systemu, czy system całkiem nieźle korzysta z nas?
W jakim stopniu praca definiuje nasze życie?
„Czym się zajmujesz?” — pytanie, które potrafi paść szybciej niż „jak masz na imię?”. Jakby człowiek bez stanowiska, branży i służbowego maila był trochę… niekompletny. Praca daje nam pieniądze, status, poczucie sensu, ludzi, z którymi spędzamy pół życia. Nic więc dziwnego, że z czasem zaczynamy mówić „jestem prawnikiem”, „jestem managerką”, „jestem lekarzem”, zamiast po prostu: „pracuję jako…”.
Tylko gdzie kończy się to, co robimy, a zaczyna to, kim jesteśmy?
Bo jeśli jutro stracilibyśmy stanowisko, tytuł i dostęp do firmowego Teams’a – ile z nas zostałoby bez odpowiedzi na pytanie: „to właściwie kim ja teraz jestem?”
Wiele osób doświadcza tego, gdy nagle zawodzi ich zdrowie, albo gdy nadchodzi urlop macierzyński. I wtedy następuje przerwanie rutyny, po którym niekażdy potrafi się odnaleźć. Dla jednych parę miesięcy wytchnienia od obowiązków będzie cudownym spełnieniem marzeń. Dla innych – przede wszystkim próbą i czasem na odnalezienie drogi powrotnej do „siebie”.
Może więc warto budować życie, w którym praca jest jego częścią.
Nawet dużą.
Ale nie całą definicją człowieka.

Korp Me Tender
Każdy marzy o dobrej pracy. Niewielu zauważa moment, w którym przestaje żyć, a zaczyna jedynie realizować cele.
Korp Me Tender to gorzko-zabawna i zaskakująco prawdziwa opowieść o współczesnym świecie korporacji. O awansach, które nie dają szczęścia, procedurach ważniejszych od człowieka i ludziach próbujących zachować własny głos w miejscu, gdzie wszystko ma swój numer, termin i KPI.
Fragment książki dostępny do pobrania bezpłatnie.
Co się zmienia, kiedy praca jest pasją?
Brzmi jak spełnienie marzeń: robić to, co się kocha, i jeszcze dostawać za to pieniądze. Tylko że jest tu pewien haczyk – kiedy pasja staje się pracą, praca zaczyna mieć wobec niej swoje oczekiwania. Deadline nie pyta, czy dziś masz wenę. Klient nie interesuje się twoim natchnieniem. A Excel, jak wiadomo, nie uznaje sztuki.
Kiedy praca jest pasją:
- Przestajesz liczyć godziny.
To jedna z najpiękniejszych rzeczy. Możesz siedzieć nad czymś do późna, bo naprawdę chcesz, a nie dlatego, że ktoś każe. Tylko łatwo przeoczyć moment, w którym „chcę jeszcze chwilę” zamienia się w „nie potrafię przestać”. Pasja potrafi więc dawać energię, ale równie skutecznie potrafi ją pożerać. - Sukces zaczyna smakować lepiej.
Nie robisz czegoś wyłącznie dla wypłaty. Satysfakcja z dobrze wykonanej pracy potrafi być ogromna, bo efekt jest jednocześnie twoim zarobkiem i czymś, z czym naprawdę się utożsamiasz. Problem zaczyna się wtedy, gdy każdy sukces podnosi poprzeczkę kolejnego. - Krytyka boli bardziej.
Kiedy oddajesz kawałek siebie, trudniej usłyszeć, że komuś się nie podoba. Krytyka projektu może nagle zabrzmieć jak krytyka ciebie. A przecież nawet najlepszy tekst, obraz, projekt czy biznes może komuś kompletnie nie przypaść do gustu. I to nie oznacza, że ty jesteś do niczego. - Granica między pracą, a życiem zaczyna się rozmywać.
Skoro lubisz swoją pracę, łatwo wmówić sobie, że właściwie odpoczynek nie jest ci potrzebny. „Przecież ja to kocham” staje się całkiem wygodnym usprawiedliwieniem dla kolejnych godzin przy biurku. Tyle że organizm nie zna różnicy między pracą, którą kochasz, a pracą, którą musisz wykonywać. - Pasja może przestać być pasją.
I to chyba największy paradoks. To, co kiedyś robiło się z czystej potrzeby, zaczyna mieć budżet, target, klienta, termin i fakturę. Czasem największym luksusem staje się więc mieć coś, czego nie trzeba monetyzować.
Może dlatego najlepszy układ wcale nie musi oznaczać: „kocham swoją pracę”.
Czasem wystarczy: „lubię to, co robię, jestem z tego dumna, dobrze mi za to płacą – i kiedy zamykam laptopa, nadal mam życie.”
Czy każdą pasję trzeba zamieniać w biznes?
W świecie, w którym nawet pieczenie chleba może być „marką osobistą”, a spacer z psem – contentem na Instagram, łatwo uwierzyć, że jeśli coś kochamy, powinniśmy od razu na tym zarabiać…
Nie. I całe szczęście.
Nie każda pasja potrzebuje:
- klientów — bo nie wszystko, co robimy, musi komuś coś sprzedawać;
- strategii — niektóre rzeczy są cudownie bezcelowe i właśnie dlatego są nasze;
- monetyzacji — bo kiedy hobby zaczyna płacić rachunki, rachunki zaczynają też zaglądać do hobby;
- produktywności — nie musimy być w czymś najlepsi, żeby czerpać z tego przyjemność.
Jest też coś przewrotnego: czasem największą wartością pasji jest właśnie to, że nie musi się opłacać.
Możesz malować i nigdy nie sprzedać obrazu. Możesz pisać do szuflady. Możesz robić zdjęcia, których nie zobaczy algorytm. Możesz tańczyć tylko dlatego, że muzyka leci.
Nie wszystko, co kochamy, musi stać się źródłem dochodu.
Niektóre rzeczy mogą po prostu zostać źródłem radości. I to jest całkiem niezły biznes – taki kawałek życia „tylko dla nas”.
Pracoholizm vs Prokrastynacja – Dlaczego popadamy w skrajności?
Jedni odpowiadają na maile o 23:47. Drudzy od 23:00 oglądają filmik o tym, jak ktoś organizuje swoją lodówkę. Obie grupy mają jednak coś wspólnego: uciekają przed czymś.
Pracoholizm daje poczucie kontroli
Kiedy cały czas jesteśmy zajęci, nie musimy konfrontować się z pytaniem, czy to, co robimy, naprawdę ma sens. Kolejne zadanie, kolejny deadline, kolejny sukces – i można tak jechać dalej w nieskończoność. Problem w tym, że „jestem potrzebny” bardzo łatwo pomylić z „jestem wartościowy”.
Prokrastynacja daje chwilową ulgę
Odkładanie zadania często nie wynika z lenistwa. Czasem łatwiej sprawdzić po raz dwudziesty Instagram niż zmierzyć się z czymś trudnym, nudnym albo z możliwością porażki. Mózg wybiera nagrodę teraz, a konsekwencje… wpisuje do kalendarza na później.
Obie skrajności mogą mieć to samo źródło
Presję, lęk przed oceną, perfekcjonizm, potrzebę udowodnienia swojej wartości albo zwyczajną nieumiejętność odpoczywania… Jedni próbują zagłuszyć to działaniem. Drudzy – bezczynnością.
I może właśnie dlatego rozwiązaniem nie jest znalezienie się gdzieś pomiędzy „pracuję non stop” a „zrobię to jutro”. Tylko nauczenie się, że nie musimy ani bez przerwy coś robić, ani przed wszystkim uciekać.
Bo życie to nie projekt, który trzeba dowieźć przed deadlinem.
Czy zmiana pracy co 5 lat faktycznie wpływa na nasze zdrowie psychiczne?
„Nie siedź za długo w jednej firmie” – mówi rynek pracy. „Bądź lojalny” – mówi jeszcze starsza część nas. A pomiędzy nimi człowiek próbuje ustalić, czy pięć lat w jednym miejscu to już stabilizacja, czy może powód do aktualizacji CV.
Tylko że nie ma magicznej granicy pięciu lat, po której nasza psychika zaczyna wysyłać wypowiedzenie.
Badania pokazują coś znacznie bardziej interesującego.
- Sama zmiana pracy nie jest automatycznie dobra ani zła.
W dużym badaniu obejmującym ponad 11 tys. pracowników, prowadzonym przez 27 lat, osoby zmieniające pracodawcę miały około dwukrotnie wyższe ryzyko korzystania z leczenia neuropsychologicznego niż osoby, które pracodawcy nie zmieniały. Brzmi jak argument za siedzeniem w jednej firmie? Niekoniecznie. Autorzy wskazywali również na znaczenie obciążenia pracą – a więc nie możemy powiedzieć, że to sama zmiana pracy była przyczyną pogorszenia zdrowia psychicznego. - Dobrowolna zmiana może być zupełnie inną historią.
Badanie niemieckich pracowników pokazało, że osoby, które same zmieniały pracę, deklarowały wyższą satysfakcję z życia po zmianie. Przy zmianach wymuszonych, np. zamknięciem miejsca pracy, tego efektu nie było – pojawiały się natomiast negatywne konsekwencje dla życia rodzinnego. - Najbardziej szkodzi nam niekoniecznie zmiana, ale poczucie braku wyboru.
Wieloletnie badania pokazują, że utrata pracy wiąże się z wyraźnym pogorszeniem dobrostanu psychicznego, podczas gdy przejście do zatrudnienia może go poprawiać. Czyli problemem nie jest samo „przestawienie się” na nowe miejsce. Dużo ważniejsze jest to, czy zmiana jest naszą decyzją, czy czymś, co nam się przydarza. - A praca naprawdę ma znaczenie dla psychiki.
WHO szacuje, że około 15% dorosłych w wieku produkcyjnym żyje z zaburzeniem psychicznym, a depresja i lęk odpowiadają globalnie za około 12 miliardów utraconych dni pracy rocznie. Jednocześnie dobra praca może działać ochronnie – daje dochód, poczucie celu, strukturę dnia, relacje i poczucie przynależności.
Więc może pytanie nie powinno brzmieć: „Jak często powinienem zmieniać pracę?”
Tylko: „Czy miejsce, w którym jestem, nadal mi służy?”
Bo można spędzić dwadzieścia lat w jednej firmie i czuć się świetnie. Można też zmieniać pracę co dwa lata i za każdym razem uciekać od dokładnie tego samego problemu.
Nie potrzebujemy zawodowego timera ustawionego na pięć lat. Potrzebujemy od czasu do czasu sprawdzić, czy nadal jesteśmy w pracy, którą wybraliśmy – czy tylko w takiej, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić.
Work-life balance – czy ktoś w ogóle tego doświadcza?
Work-life balance.
Piękne hasło. Tak piękne, że firmy potrafią wydrukować je na kubku, wrzucić na LinkedIna i jednocześnie wysłać maila o 21:43 z dopiskiem: „to tylko szybka rzecz na jutro rano”.
Mamy aplikacje do medytacji, owocowe czwartki, karty sportowe i webinar o zarządzaniu stresem. Wszystko po to, żebyśmy mogli lepiej znosić życie, które sami sobie organizujemy.
Bo może problem z work-life balance polega na tym, że próbujemy zrównoważyć coś, co z definicji nie jest równe.
- Praca ma godziny. Życie nie.
Pracę możemy wpisać do kalendarza. Życie nie bardzo. Dziecko zachoruje o 14:17. Związek potrzebuje rozmowy wtedy, kiedy jej potrzebuje. Przyjaciel zadzwoni po miesiącach ciszy dokładnie wtedy, kiedy mamy deadline. Nie da się wszystkiego „zbalansować” kolorami w kalendarzu. - Odpoczynek stał się kolejnym zadaniem.
Musimy odpoczywać efektywnie. Medytować 10 minut. Zrobić 8 tysięcy kroków. Poczytać książkę. Zrobić jogę. Nie siedzieć za długo na telefonie. Nawet relaks potrafimy zamienić w projekt z KPI. - „Elastyczność” często działa tylko w jedną stronę.
Możesz pracować z domu, więc przecież możesz odpisać wieczorem. Możesz zacząć wcześniej, więc możesz zostać dłużej. Możesz być offline, ale przecież „tylko zerknij”. Technologia miała dać nam więcej wolności. Czasem po prostu sprawiła, że praca dostała klucz do naszego domu. - A potem dziwimy się, że jesteśmy zmęczeni.
Pracujemy, żeby żyć. Zarabiamy, żeby mieć czas dla siebie. A kiedy już ten czas mamy, jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby z niego korzystać. Więc odpoczywamy, żeby następnego dnia móc znowu pracować.
I może dlatego work-life balance jest trochę źle postawionym pytaniem.
Bo może nie chodzi o to, żeby każdego dnia idealnie podzielić życie na 8 godzin pracy, 8 godzin snu i 8 godzin „życia”.
Może chodzi o coś znacznie prostszego:
czy praca, którą wykonujesz, zostawia ci jeszcze wystarczająco dużo ciebie dla siebie?
Bo jeśli całe życie jest podporządkowane pracy, to nawet najbardziej spektakularny awans pozostaje tylko awansem w bardzo dobrze płatne zmęczenie.
Czy można być szczęśliwym w pracy?
Można.
Ale chyba nie trzeba.
W świecie, w którym mamy „pracę marzeń”, „dream teamy” i „misję firmy”, trochę za bardzo uwierzyliśmy, że praca powinna nas uszczęśliwiać. A przecież jej podstawowym zadaniem od tysięcy lat jest raczej to, żebyśmy mieli za co kupić jedzenie. Reszta to całkiem miły bonus…
Można lubić swoją pracę. Można czuć satysfakcję, dumę, sens, rozwijać się i wracać do domu z poczuciem: kurczę, to był dobry dzień. I to jest naprawdę dużo.
Ale można też mieć zwyczajną pracę, która nie jest wielką pasją, nie zmienia świata i nie daje motyli w brzuchu – a mimo to prowadzić szczęśliwe życie.
- Praca może dawać szczęście, ale nie powinna być jego jedynym źródłem.
Jeśli cała nasza satysfakcja życiowa siedzi przy jednym biurku, razem z nami zaczyna być zależna od szefa, wyników, awansu i kondycji firmy. - Nie każda praca musi mieć „głębszy sens”.
Czasem sensem jest dobra pensja, fajni ludzie, spokój i to, że o 17:00 możemy zamknąć laptopa i robić rzeczy, które naprawdę kochamy. - Szczęście w pracy nie oznacza ciągłego zadowolenia.
Nawet w najlepszym miejscu bywają poniedziałki, beznadziejne spotkania i projekty, które człowiek najchętniej zakopałby w ogródku. Szczęście nie jest stanem permanentnej euforii. To raczej poczucie, że ogólnie jesteśmy w dobrym miejscu.
I może właśnie tego powinniśmy od pracy oczekiwać.
Nie żeby codziennie nas uszczęśliwiała.
Nie żeby była naszą pasją.
Nie żeby była „częścią naszej tożsamości”.
Wystarczy, jeśli nie odbiera nam szczęścia z reszty życia.
Bo być może największym zawodowym sukcesem wcale nie jest znalezienie pracy, bez której nie wyobrażamy sobie życia.
Tylko takiej, po której nadal mamy ochotę to życie przeżywać.
